[ rozmiar zdjęć: duże | małe | domyślne ]
Początki choroby, czyli gryziu i jego FC3 1.6 GT
Witam.
Moja przygoda z Capri zaczęła się parę lat temu.
Jeszcze na studiach jeden z kolesi z grupy przyjeżdżał na zajęcia jedynką, a później trójką. Maniacy z W-wy (a i pewnie nie tylko) na pewno kojarzą tę czarną jedynkę z płomieniami na przedzie (zawsze mu zazdrościliśmy, że jak wychodzimy z zajęć to ma już rozgrzany silnik :)) i okrągłymi tylnymi lampami. Po trochu mnie już wtedy tykało, że to kozak fura, ale i tak wolałem motocykle. Z drugiej strony smaka napędzał mi braciszek cioteczny, co to jeździł już od dłuższego czasu trójeczką (zresztą do tej pory nią jeździ) i niesłychanie to sobie chwalił (i chwali).
Aż tu nagle pewnego pięknego dnia, ni z gruchy ni z pietruchy, dzwoni do mnie jeden kolo i nawija w te słowa:
"Siemasz stary, nie chciałbyś Forda Capri? Mój znajomek ma takiego i chce go oddać ZA DARMO, bo trzeba robić remont, a jemu się nie chce itd. Jakby co, to stoi u mnie na działce i można obejrzeć".
Kopara mi spadła, ale byłem twardy i mówię: "dobra, biegne, lece, pędze".
Wciągłem gacie na dupę, wsiadłem na rowera i zara byłem u gościa na działce. Patrzę - stoi ona - cud dzieweczka, znaczy się trójeczka, blondynka (no prawie - gdzieniegdzie widać rudy balejaż).
Faktycznie, stan był niezbyt podnoszący na duchu, ale za to była kompletna :), nie licząc tego, że brakowało kawałka prawych drzwi (dobrze spasiony kocur spokojnie mógł wejść do środka bez otwierania drzwi i nawet by sobie futra nie pokołtunił, czyli według nomenklatury FSO - nadwozie samochodu wykazywało lekką nieszczelność :( ). Decyzja (a w zasadzie odruch bezwarunkowy) nastąpiła natychmiast: biere ją na krawat i ciungne na swoje ranczo.
Pierwsza próba reanimacji potwierdziła słuszność tej decyzji, a gęba to mi się do dzisiaj cieszy na wspomnienie tej chwili. Po wymianie oleju, przypnięciu akumulaturków z tatowego traktura i wkapnięciu troszki etylinki do baku - po prostu odpaliła z pierwszego dotyku i tak już jej zostało.
Później formalności z rejestracją i już była tylko moja.
Pod maską siedział niewyględny moturek R4 1600 OHC. Jednak w zadziwienie wprawił mnie układ wydechowy. Razem z bratem (tym, co to też ma Capri) nazwaliśmy go "japońskim".
W odróżnieniu od takiego żeliwnego kolektora, co to jest u brata przy jego R4 2000, u mnie była plątanina pojedynczych rurek 4w1. Podejrzewam, że mogła to być wersja GT (deska z 6 zegarami, obudowa filtra powietrza taka kanciasta, tylny most 1:3,75), ale jeszcze tego nie ustaliłem dokładnie.
Byłem z tym silnikiem u mechanika, coby go zdiagnozował. Okazało się, że ciśnienie ma "niemal" idealne, tzn. odpowiednio: 6.5 - 7 - 7.5 - 7 :(. Mimo to nie robiąc przy silniku nic poza profilaktyczną wymianą paska rozrządu, nakręciłem troszkę kilometrów (wakacje, jakiś zlocik znajomych Garbusiarzy itd.) i ani razu nie zawiódł. Coś pięknego.
Teraz blacha. No tu już nie było tak mniodowo. Nie uśmiechało mi się pokazywać furą w takim stanie, więc śrubokręt w paluchy i rozkręcamy. Za robotę blacharską to już się osobiście brać nie chciałem, bo by mi pewnie Syrena Bosto wyszła albo - co gorsza - Peugeot 206 :). Blacharz wykonał robotę dosyć nieźle, ale i skasował jak za zboże. Za to fura wyglądała idealnie. Kolor zgodnie z moim marudzeniem - biało-czarny, na wzór radiowozów w coponiektórych stanach USA, (kto oglądał Blues Brothers, ten wie o co chodzi, zresztą zostały mi się jakieś fotki ze zlotu garbowego, więc je zamieszczam poniżej), do tego felgi RS-y pomalowane na biało.
Troszkę mi się też portfel uszczuplił za sprawą tapicerki. Ktoś był głodny czy jak? W każdym razie wyglądała fatalnie, więc trzeba było coś z tym zrobić. Odwiedziny u tapicera i już człowiek o parę stówek lżejszy, ale za to jak przyjemnie się jeździ :).
:( :( :( :( No i nastał ten dzień, co to do dzisiaj k...wica mnie bierze na wspomnienie tej chwili. Nawinął mi się pod koła jakiś cholerny polun "i w pi...du wylądował i cały misterny plan na nic". Niestety wina była po mojej stronie, więc dupa ze wsparcia ze strony PZU.
Tu nastąpił paroletni okres bolącej wątroby i przemieszczania się w przestrzeni haniebnym pęcherzem, co to niektórzy zawzięci nawet samochodem nazwać potrafią, przez wrodzoną przekorę chyba.
Ale ja uważam, że to jeszcze nie koniec i zdania nie zmienię.
Pozdrawiam wszystkich ciepło.
gryziu